Projekt Gdynia.

Niewielu z Was pewnie o tym wie, ale będąc w ciąży z Julkiem skończyłam studia podyplomowe na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego na kierunku – „Zarządzanie projektami” – i kto by pomyślał, że przyda mi się to bynajmniej nie w okolicznościach zawodowych, a życiowych. Bo przeprowadzić czteroosobową Rodzinę z dwójką małych dzieci z miasta do miasta to nie byle co.

Tak, zrobiliśmy to. Przeprowadziliśmy się do Gdyni. Za sobą zostawiliśmy rodzinę i miejsca, które oboje z Michałem znamy od urodzenia i postawiliśmy trochę wszystko na jedną kartę, wybierając tajemniczą zmianę w zupełnie nowym miejscu, które teraz może Nas przytula, ale równie dobrze za parę miesięcy dostaniemy tu po tyłku.

Opcja wyjazdu krążyła już nad nami od wakacji, ale Nasz związek działa trochę na zasadzie latawca i sznurka – ja lecę, a Michał jest sznurkiem łączącym mnie z ziemią, oddzielnie trochę bez sensu, razem idealny duet. Życie przez parę miesięcy grało nam na nosie, ale w końcu pojawiła się propozycja nie do odrzucenia i decyzja zapadła.

Ta przeprowadzka od początku była trochę moim dzieckiem – zrealizowanie jej uświadomiło mi, że jednak coś potrafię, coś ogarniam, chociaż się boję i nie znam drogi, to powoli i krok po kroczku, realizuję drobne zadania, które nagle, zebrane do kupy okazują się sukcesem i zrealizowanym dużym projektem.

Parę miesięcy temu poddałabym się jeszcze przed spakowaniem pierwszego pudła, dochodząc do wniosku, że to i tak bez sensu, nie dam rady, nie zrobię tego tak dobrze jak sobie wyobrażałam, że zrobię.

Mam wrażenie, że ogarnięcie takiej przeprowadzki jest całkiem dobrą metaforą życia codziennego – mamy swoje wizje, coś zakładamy sobie w głowie i nie realizujemy tego, już na starcie przygniatając się ciężarem własnych oczekiwań. A czasem wystarczy zrobić krok w tył, stanąć z boku i zamiast wytykać sobie czego nie zrobiliśmy, podsumować to co zrobiliśmy. Ja realizując tę przeprowadzkę w taki sposób kończyłam każdy dzień, najpierw słuchałam ochrzanu od mojej wewnętrznej perfekcjonistki, że miałam to, to, to, tamto i siamto i nie dałam rady, to teraz najlepiej siąść i płakać bo to wszystko bez sensu, a potem na walkę z tą perfekcjonistkę wysyłałam swój rozsądek, który wskazywał mi co jednak udało mi się zrealizować i choć powolutku to wciąż idę do przodu.

Zaczęło się od zorganizowania przeprowadzki, ale gdzieś po drodze zapytałam siebie samą, dlaczego by tej metody małych kroków, dużych zadań rozbijanych na kilkanaście czynności nie przenieść na inne sfery swojego życia w, których do tej pory sądziłam, że totalnie daję ciała? Rozpoczęcie życia w nowym miejscu wydawało się do tego idealnym momentem! I choć jesteśmy tu dopiero od 9 dni to nagle okazało się, że nie zakładając w głowie jak to będzie idealnie, nie narzucając sobie wizji, po prostu wykonując po kolei drobne zadania i kroki – ogarniam. Mam energię, cierpliwość, samodyscyplinę.

Mówią, że zmiany są trudne – dla mnie nie była, bo w Warszawie miałam wrażenie, że świat się kręci i kręci i kręci, a ja wciąż stoję w miejscu. Dla mnie od tej zmiany, trudniejsze i straszniejsze było przeżywanie kolejnego dnia, tygodnia, miesiąca w miejscu, którego nie mogłam już znieść.

Czasem do niektórych decyzji ma się ten instynkt, szósty zmysł, intuicję – mi od początku podpowiadały, że to będzie dobry wybór, szansa by coś zmienić, przełamać, siegnąć po życie, którego zawsze chcieliśmy być udziałem.

Kto tutaj z Pomorza? Z kim skoczę na kawę?

Trzymajcie za Nas kciuki!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s