Czy poród naturalny to rzeźnia?

Nie wiem właściwie dlaczego ten post nie powstał wcześniej, w kilka tygodni po porodzie, ale może właśnie tak miało być, może potrzebny był mi czas by wszystko okrzepło, emocje się wyciszyły, bym mogła spojrzeć na swój poród jak najbardziej z dystansem i bym taką jak najbardziej obiektywną relację przekazała Wam.

Trudno mi się Wam do tego przyznać. Trudno było mi się długo przyznać do tego samej przed sobą, ale mój pierwszy poród odbył się przez cesarskie cięcie, wcale nie ze wskazań. Odbył się w taki sposób ZE STRACHU.

Nie, nie załatwiłam sobie cięcia na życzenie, miałam na tyle dużą wadę wzroku i wątpliwości co do stanu mojego dna oka, że niejako wymusiłam na swojej okulistce papier jakobym miała bezwzględne przeciwwskazania do porodu siłami natury. I miałam tę swoją cesarkę, miałam dziecko, a krocze nieruszone jak za nastoletnich lat. Teoretycznie win-win. Ale mimo wszystko czułam wtedy, że coś straciłam. Jakby brakowało mi maleńkiego kawałeczka w ogromnej wieloelementowej układance mojego macierzyństwa. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że odarłam się najprawdopodobniej z najzajebistszego doświadczenia jakiego kobieta może w ogóle doświadczyć – mówię o sferze duchowej, ale nie tylko, cielesnej też.

Cofnijmy się jeszcze trochę, do miejsca w którym piszę o strachu. Będąc w pierwszej ciąży wciąż byłam bombardowana relacjami jaki poród to rzeźnia, masakra, krew się leje, krocza się rozrywają, boli, że chcesz umrzeć, a na koniec masz wiadro zamiast pochwy i nie trzymasz moczu. Byłam przekonana, że poród mnie pokona, nie ma w ogóle szans, żebym ja histeryczka i panikara, była w stanie to przeżyć, przetrwać bez strat na sobie czy dziecku. Po prostu stchórzyłam. Wydawało mi się, że spośród tylu kobiet, które urodziły naturalnie od zarania dziejów, ja jedna, jedyna nie dam sobie rady.

Moja cesarka zabrała mi najbardziej magiczne momenty pierwszych chwil macierzyństwa. Zabrała je również Julkowi. Bezpośrednio po cięciu, wciąż leżąc na stole widziałam go przez 3 minuty. Michał nie dostał go do kangurowania. Nie było kontaktu skóra do skóry. Nie było pierwszego karmienia. Gdy przewieźli mnie na salę pooperacyjną, nie wiedziałam jak wygląda moje dziecko!!! Gdyby nie telefon komórkowy i zdjęcia, które przesłał mi Michał przez całą noc oczekiwania aż mi go przywiozą nie miałabym nic!! Pierwsze wieści o moim Synu przyszły wtedy w osobie położnej, która kazała podpisać mi papier ze zgodą na podanie mleka modyfikowanego. Gdy prosiłam o dziecko słyszałam, że muszę odpocząć, że nie dam rady, a dziecko i tak śpi. Do dzisiaj jak pomyślę, jak on leżał gdzieś sam, w wielkiej sali plastikowych łóżeczek, to chce mi się po prostu wyć.

W tym miejscu tego posta ustalmy sobie jedną rzecz – nie neguję cesarskiego cięcia ze wskazań medycznych. Nie, nie uważam, że poród naturalny jest jedyną słuszną drogą. Nie, nie uważam, że matki mające dzieci urodzone drogą cesarskiego cięcia powinny obchodzić wydobyciny czy inne bzdury. To jest tylko moja historia, mój odbiór. Wiem, że w wielu szpitalach są wspaniałe warunki po cięciach. Zachowany jest kontakt skóra do skóry, dziecko jest non stop z Mamą, nikt nikogo nie rozdziela. Tak, wiem, że jest wiele kobiet, które mają za sobą traumatyczny poród naturalny. Z komplikacjami. Zabiegowy. Ciężki. Nie neguję Waszych doświadczeń.

Gdy zaszłam w drugą ciążę, mając w pamięci to co spotkało mnie po cesarce wiedziałam, że choćby się waliło i paliło, choćby miało mi naprawdę rozerwać to krocze to urodzę naturalnie. Czy się bałam? Ja pierdzielę i to jak!!! Ale potrzebowałam tego dla siebie, wiedziałam, że jeśli dam radę urodzić to da mi to potężną wiarę w swoje siły i możliwości jako matki i kobiety. Uleczy to rany z pierwszego porodu, gdzie zabrano mi niby nic, a jednak tak wiele. Dużo czytałam, o doświadczeniach porodów naturalnych po cesarskich cięciach, grupy, blogi, książki, przygotowywałam się. Obgryzając paznokcie siedziałam nad relacjami, gdzie dziewczyny opisywały poczucie niesamowitego szczęścia, siły, wewnętrznej potęgi gdy już się udało. Chciałam tego!! Ale z drugiej strony wciąż mocno i głęboko siedział we mnie strach.  Chciałam zacząć rodzić już natychmiast by chwilę potem stwierdzić, że nieeee, jednak nie, rezygnuję.

Cieszę się, że wytrwałam, że nie dałam się pokonać swojemu strachowi i dane było mi doświadczyć porodu naturalnego.

Równiutko w dzień terminu około godziny 6 rano obudził mnie pierwszy skurcz. Dzień wcześniej, byliśmy na grillu u znajomych i już wtedy czułam bezbolesne napinania się brzucha, ale olałam, stwierdziłam, że to może wreszcie te słynne przepowiadacze, których nie doświadczyłam ani sztuki przez okres calutkiej ciąży. Pamiętam jak dziś co pomyślałam tego ranka, podczas tego pierwszego skurczu – „O matko jakie to śmieszne uczucie!” Tak, serio. Nie – „O jezu jak boli”, tylko, „Jak śmiesznie”, a potem, „Tak, nareszcie!! Ja rodzę!” Bo mimo tego, że był to ledwie pierwszy skurcz, który wcale nie musiał doprowadzić do porodu, wiedziałam już wtedy, że to po prostu TO! Przysiadłam sobie na piętach, Michał się obudził i pyta co się dzieje. Mówię „Mam skurcz”, „Aha” i poszedł spać 😀 Wyszłam z łóżka i poszłam do toalety, troszkę mnie pogoniło i okazało się, że krwiście plamię. Trudno mi opisać tutaj jak bardzo wtedy byłam podekscytowana i zajarana! Wzięłam nospę i poszłam przygotować sobie kąpiel (tak! wszystko to po jednym skurczu :D) W kąpieli skurcze pojawiały się co koło 8 minut. Były dosyć mocne. Na każdym w myślach powtarzałam sobie „spokojnie, to tylko skurcz”, pośpiewywałam „To tylko skurcz, skurcz, skurcz”, dotykałam swojego brzucha, który w trakcie skurczu niesamowicie się zmieniał, mówiłam do Jagody, chciałam się nacieszyć tymi ostatnimi godzinami w dwupaku. Około 9 zadzwoniłam do położnej, powiedziała, że to prawdopodobnie poród się rozkręca, by ją informować i dać znać, gdy skurcze zagęszczą się do 3 minut. Stwierdziliśmy, że pójdziemy na spacer ze starszakiem, przy okazji kupimy piłkę do skakania. Pamiętam, że to był gorący dzień i jak na skurczu w Green Nero Cafe kupowałam waniliową latte, pan barista miał wtedy dosyć niewyraźną minę. Pamiętam skurcze między półkami w sklepie z artykułami sportowymi i to, że kupiłam sobie wtedy muffinkę, ale Michał myślał, że to dla Julka i mi ją zabrał i mu oddał 😀 Napiszę teraz najbardziej szaloną dla wielu z Was rzecz – było mi strasznie smutno, że te skurcze są tak rzadkie. Nie mogłam doczekać się kolejnego!! Spacer, zamiast przyśpieszyć akcję, raczej ją wyciszył. Wróciliśmy do domu. W międzyczasie telefon do położnej, że to chyba jednak nie to. Znowu weszłam do wanny i skurcze wróciły, jednak zamiast się zagęszczać wciąż były bardzo nieregularne. Skakałam na piłce, rozmawiałam z Julkiem, kłóciłam się z Michałem, który nie chciał jeszcze alarmować swojej Mamy, która działkowała. Zadzwonił jednak w końcu i około 16:00 pojechaliśmy odwieźć Julka, mając już pewność, że to się jednak nie rozejdzie, wciąż w kontakcie z położną, z którą mieliśmy spotkać się na Izbie Przyjęć gdy skurcze będą już bardzo regularne. Wychodząc od teściowej zeszłam po schodach z 7 piętra bocianim krokiem, ale wiele to nie zmieniło. Pamiętam most śląsko-dąbrowski i jak mocno ściskałam rączkę pod sufitem w samochodzie na skurczu. Pojechaliśmy jeszcze do szwagra zawieźć mu chyba fasolkę? Śmieję się teraz z tego, ale daaamn. Co ja miałam w głowie. Jeździć na skurczach z fasolką do szwagra 😀 Wróciliśmy do domu około 20:00, odpaliliśmy Kac Vegas na Netflixie, było mi okropnie gorąco, więc leżałam w samej bieliźnie, Michał tam działał nad naturalną oksytocyną (if you know what I mean :D) Ale na leżąco było mi już bardzo ciężko znieść skurcze, próbowałam na boku, i w pozycji siadu na piętach, przesiadłam się w końcu na piłkę, ale tam były jeszcze gorsze. Michał prosił bym dzwoniła do położnej, ale ja chciałam być jak najdłużej w domu. W końcu jednak skurcze zrobiły się tak mocne, że wystraszyłam się, że będziemy czekać za długo i za chwilę zrobi się za późno. Zadzwoniłam. Mieliśmy zbierać się do szpitala. Nagle skurcze zrobiły się bardzo częste i baaardzo mocne. To był pierwszy moment, kiedy spanikowałam. Łapały mnie na schodach i coś tam stękałam, na co Michał mówił, żebym była cicho bo sąsiadkę wystraszę, piętro pod nami mieszkała babeczka, z terminem na 2 tygodnie po mnie. Doturlałam się jakoś do samochodu mając chyba z 5 skurczy po drodze. Jazda samochodem była okropnie niekomfortowa, ale wciąż jeszcze byłam względnie cicho. Weszliśmy na Izbę i tam złapały mnie pierwsze bóle krzyżowe. No tego, moje drogie to Wam nie życzę. Najgorszemu wrogowi bym tego nie życzyła. Ale ogólnie, wciąż byłam mega zajarana i w głowie wyświetlał mi się wielki komunikat jak neon „JA RODZĘ JA RODZĘ WOW WOW WOW ZAJEBIŚCIE”. Byłam bardzo wdzięczna, personelowi na IP, że nikomu nie przyszło do głowy robić mi KTG na leżąco, bo bym zeszła z tego świata na pewno. Zeszła Nasza położna i przyszedł czas na badanie. Modliłam się w duchu „Proszę, daj mi chociaż 3 centymetry rozwarcia”. Niestety srogo się zawiodłam. Położna stwierdziła, że szyjka przepuszcza ledwo na palec i wciąż jest odgięta do kości krzyżowej. Zapiekły mnie wtedy troszkę łezki pod powiekami. I była to chwila zwątpienia. Tego akurat się nie spodziewałam. Myślałam, że nie będę radzić sobie z bólem, ale na oporną szyjkę nijak się nie przygotowywałam. Zapadła decyzja o wzięciu mnie na salę porodową, bo wiadomo było, że to potrwa, ale porów zdecydowanie był w toku.

Z jednej strony skurcze już były ciężkie i wcale nie chciałam by się zagęszczały, ale z drugiej, czekałam na nie, w trakcie skurczu, mocno zamykałam się w sobie i byłam tylko ja i skurcz. Dosyć szybko wyczułam rytm skurczy, moment gdy się zaczynały, pikowały by wreszcie odpuścić. To mi bardzo ułatwiało pracowanie z nimi. Tak, to co bardzo mi pomogło w bólach porodowych to praca Z skurczami, RAZEM z nimi, nie PRZECIWKO nim. Skurcze starałam się przyjmować na totalnie rozluźnione ciało, tak, żeby jakby przepłynął przeze mnie, a nie rozbił się o ścianę moich napiętych mięśni. Czytałam przed porodem książkę Iny May Gaskin i bardzo trafiła do mnie metafora skurczu jako fali, przypływu. Chciałam naprawdę poczuć całą sobą, wszystko to co się dzieje, chciałam naprawdę być świadoma tych chwil, bo wiedziałam, że są absolutnie niepowtarzalne.

Ale żeby nie było zbyt pięknie, weszliśmy do sali i okazało się, że są problemy z klimatyzacją i było tam okropnie zimno. Mi już na dobre rozhulały się bóle krzyżowe, z którymi bardzo ciężko było mi pracować, były niesamowicie intensywne (brakło skali na KTG), nie było opcji wanny przez zimno, nie pomagały żadne pozycje, przykuce, opieranie się, piłka skurcze jeszcze intensyfikowała. Zablokowałam się wtedy. Byłam bardzo śpiąca. Stwierdziłam, że to tyle, fajnie było, ale teraz czas na spanko. Poszłam sobie na łóźko, nakryłam się kocem i normalnie przysypiałam między skurczami które były wtedy co około 6 minut. Michał siedział obok i też przysypiał, a ja tylko na skurczu ściskałam go za rękę. Mówił później, że trochę go to wkurzało bo chciało mu się spać, a ja tym ściskaniem go budziłam 😀 W kolejnych badaniach położna nie stwierdzała postępu, dostałam czopki i zapadła decyzja o przebiciu pęcherza płodowego. Wody odeszły lekko zielone. Niewiele to dało. Były prośby o intensyfikowanie skurczy na piłce i masaż sutków, ale nagle skurcze z brzucha zupełnie zanikły i pojawiały się tylko krzyżowe, których nie mogłam przetrwać. W moim przypadku poród siedział mocno w głowie. Stwierdziłam na tym etapie, że to koniec i niech już wreszcie ktoś przyjdzie i powie, że robimy cesarkę z braku postępu. I jaka jestem wdzięczna dziś, że miałam przy sobie taką, a nie inną położną, tak upartą, cierpliwą, wierzącą że się uda. Weszła na kolejne badanie i zobaczyła chyba na mojej twarzy, że jest nie za dobrze. Przede wszystkim na tym etapie, dobijała mnie senność. Naprawdę okropnie chciało mi się spać. Zaczął też powoli narastać we mnie strach, że nie dam rady. Rozwarcie było już na takim etapie, że możliwe było podanie znieczulenia. Dostałam je. Została mi również podana oksytocyna. Zasadniczo co ja się tu będę dużo rozpisywać. Poszłam spać. Na ponad 2 godziny. Obudziłam się jak nowy człowiek. Znieczulenie puszczało i czułam, naprawdę, naprawdę mocne skurcze krzyżowe. Tego się nie da opisać. Tak, to jest ból, ale to jednocześnie takie uczucie huraganu, bardzo wzburzonego morza w samym środku Ciebie, uczucie przepływu ogromnej ilości siły, energii. Czuje się po prostu z każdym tym skurczem – MOC. Ale na pewnym etapie za dużo mi było tej mocy, poprosiłam o drugą dawkę znieczulenia. Rozwarcie wciąż, nie było zachwycające (około 5 centymetrów a było już około 9 rano). Otrzymałam leki, położna mnie zbadała i orzekła 7 centymetrów. Ja na to w myślach „Fantastycznie! To przed parciem drzemeczka”. Ledwo zamknęły się za nią drzwi, przymknęłam oczy i nagle poczułam, że muszę na toaletę. Strasznie mi się nie chciało wstawać i nie wiedziałam czy dam radę wstać chwilę po znieczuleniu. I poczułam w tej sekundzie bardzo KONKRETNIE, że MUSZĘ na toaletę. Przypomniałam sobie „O kurna! Mówią, że skurcze parte to uczucie jak na kupę! O BOŻE TO NIE KUPA, TO DZIECKO”. Totalnie spanikowałam, zaczęłam krzyczeć do Michała, który spał na fotelu, żeby już natychmiast biegł po położną, bo ja muszę przeć. Michał się zerwał „Jak to, jak to, przecież dopiero co miałaś 3 centymetry!!!”. Ogólnie w trakcie mojego porodu byłam bardzo miła, nie wyklinałam, nie krzyczałam na Michała, nie obrażałam nikogo, ale akurat wtedy jedyne co myślałam „I CHUJ ŻE BYŁO ALE JUŻ NIE MA JAZDA PO POŁOŻNĄĄĄĄĄĄĄĄĄĄ”. Poszedł. Wrócił za chwilę i mówi „Powiedziała, żebyś sobie poparła delikatnie”. Wtedy to miałam ochotę wyjść z tego łóżka i kimś potrząsnąć krzycząc „POPARŁA DELIKATNIE? DELIKATNIE? CZY TY WIESZ CO SIĘ ZE MNĄ DZIEJE???”. Ale chyba telepatycznie ściągnęłam położną do siebie, bo przyszła mnie zbadać. Zajrzała i cała zadowolona mówi „To już kwestia pół godziny”. Dała Michałowi pieluszki tetrowe do grzania pod koszulkę. Powinnam Wam teraz nagrać co miałam wtedy w głowie, bo nie da się opisać tego słowami. Ale myśl przewodnia to było „JAK TO JAK TO JAK TO! NATYCHMIAST WEPCHNIJCIE JĄ Z POWROTEM JA NIE JESTEM GOTOWA”. Parcie jest uczuciem totalnie obezwładniającym, nad którym ma się zero kontroli. Miałam wrażenie, że nie są to skurcze parte, ale ciągłe uczucie parcia, które było bardzo mocno niekomfortowe. I wtedy się wystraszyłam, że nie dam rady. Zaczęłam krzyczeć, że nie dam rady. Tak jak cały poród w fazie rozwierającej byłam cicho. Tak na parciu zdarłam gardło i słyszała mnie chyba cała dzielnica Wola. Mi krzyk bardzo pomógł przy parciu, nikt mi krzyczeć nie zabraniał 🙂 15 minut parcia i urodziła się Jagoda – 4150g wagi i 59 cm wzrostu.  Chwilkę przed urodzeniem się główki, dotknęłam jej włosków.

Tak obezwładniającego uczucia mocy, siły, potęgi, wiary we własne możliwości, wiary, że jak zrobiłam to, to dam radę już ze wszystkim, nie poczułam nigdy w życiu. Nie da się tego opisać i nie da się tego do niczego porównać, ale wiem, że jestem bardzo wdzięczna losowi, że tak wszystko zgrał, aby dane mi było tego doświadczyć. Złożyło się na to wiele czynników – przede wszystkim – MĄDRA POŁOŻNA (to jest naprawdę klucz), siła i mądrość mojego dziecka (ponad 24 h porodu i żadnych spadków tętna), mądrość mojego ciała, które wiedziało, że poród musi postępować powoli, bo rodzi się duże dziecko. Jeżeli urodziłabym szybko, na pewno skończyłoby się to obrażeniami dla mnie. W ten sposób choć dłużej, udało się bez nacięcia, bez obrażeń, ledwo ze szwami kosmetycznymi. Miałam też po prostu szczęście, bo wiele rzeczy mogło pójść inaczej więc i poród skończyłby się inaczej.

Co polecam mamom czekającym na poród? Czytajcie o fizjologii porodu. Czytajcie o nim ze świadomością, że skurcze są po coś, one są dla Was, dla Waszego dziecka. One Wam pomagają. Pod ich wpływem wydzielają się hormony, które naprawdę pomogą Wam przez to przejść. To nie jest ból który niszczy, to ból który tworzy. Polecam też ogół literatury Iny May Gaskin, przede wszystkim „Poród naturalny”, lektura pozwala otworzyć się na zupełnie inne doświadczenie porodu. Pozwala nie skupiać się tylko na bólu, na obrażeniach, pozwala poczuć to głębiej. Bo to naprawdę jest niepowtarzalne, unikalne, jedyne w swoim rodzaju doświadczenie. Da się przeżyć to pięknie. Nie rodzić, ale BYĆ w porodzie. Naprawdę. I tego Wam bardzo mocno życzę ❤

Reklamy

7 myśli w temacie “Czy poród naturalny to rzeźnia?

  1. Kasia Mirowska pisze:

    Popłakałam się… Pięknie to opisałaś… 🙂 i nie wiem co więcej napisać. Moje oba porody były piękne i jestem szczęśliwa, ze mogłam rodzić siłami natury 🙂

    Polubienie

  2. Karolina i Z pisze:

    Czytam i mam łzy w oczkach. Czuję się silniejszą kobietą, bo urodziłam naturalnie swoją córeczkę. Poród był okropny, z ogromnymi nacieciami, krwiakiem, martwica krocza itd. Było bardzo ciężko. Ale wiem, że to juz za mną, przeszłam poród naturalny indukowany w cholerę bolało. Jestem kobietą, jestem matką. Sama ją urodziłam. Nic mnie nie pokona. Dziekuje, za ten wpis ❤

    Polubienie

  3. AniaMania pisze:

    Pięknie napisane i chwała Ci za to! 🙂
    Opis skurczy i całego porodu oddaje sens tego, jak pięknego dla nas kobiet momentu. Porod naturalny jest dla nas i dziecka a nie przeciwko nam:) 💚💙

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s