To nie wypada, tak sobie nie radzić.

Jeśli chodzi o macierzyństwo dwójki, to wiecie, czuję się zaskoczona, że znowu dałam się zaskoczyć.

Przy Julku myślałam, że wiem już wszystko, albo przynajmniej prawie wszystko.

Myślałam, że nie ma już żadnego kowadła, które znienacka spadnie mi na głowę.

Tak, serio, bycie Mamą dwójki Dzieci jest tak kompletnie inne, że czasem, mam wrażenie, że czas gdy miałam tylko Julka to jakieś inne życie.

Nie ogarniam samej siebie z tamtego czasu.

Nie ogarniam jak mogłam wtedy być zmęczona, niezadowolona, z poczuciem odarcia z wolności i niezależności.

Ja to wtedy miałam high life Proszę Państwa.

Ze swoimi chustomeetami, z treningami, z rurą dwa razy w tygodniu.

Z tym, że nawet pomimo dziecka na piersi, raz na jakiś czas miałam tę noc dla siebie.

Mogłam czasem pofrunąć, odbić się od tego chodnika którym codziennie nabijałam kilometry na beztroskich spacerkach z wózkiem.

Kochane Mamy Dwójki – dlaczego ja Was codziennie nie słyszę? Dlaczego nie ma w polskiej blogosferze parentingowej doświadczenia Mam Dwójek z niewielką różnicą wiekową? Dlaczego utarło się jakoś, że ot, te 2-2,5 roku różnicy między Dziećmi to jest taka norma i żadnego w tym wielkiego halo, no problem, wszystko fajnie, jedno dziecko w tę czy wewtę to żadna różnica.

No nie.

No kurna nie.

Po prostu, no nie.

Przecież to jest jakiś absolutny hardkor.

Kiedy mija ten czas gdy pod koniec każdego dnia już nie pamiętam jak się nazywam? Kiedy mija ten czas gdy starszak jest poza domem to czujesz jakbyś nagle znowu miała 17 lat i wypiła pierwsze piwo, tak Ci szumi w głowie od tej całej wolności.

Kiedyś usłyszałam, że jak się człowiek decyduje na drugie Dziecko to trzeba sobie radzić.

I wiecie. Ja sobie radzę. Wy sobie Radzicie. My wszystkie Matki sobie radzimy. Radzimy sobie w chuj. Nasze Dzieci są nakarmione, ubrane, mają suche pieluszki i nakremowane pupy. Są zabawione. Wybiegane. Wyspacerowane. Przytulane. Chustowane. Noszone. Tulone. Z Dziećmi lepiej być nie może.

Ale co z Nami?

Ja z własnego doświadczenia, mogę Wam teraz powiedzieć, że najtrudniej mi właśnie teraz z tą presją, że muszę sobie radzić. Nie mam prawa się załamywać. Mieć wątpliwości. Zaplanowałam, zdecydowałam i mam Dwójkę to teraz se radź i się nad sobą nie użalaj!

I ja się nie użalam. I radzę sobie.

Tylko czasem brakuje mi głosu po drugiej stronie słuchawki, któremu mogę powiedzieć, że nieeee, ja sobie wcale nie radzę. Ja nie mam pojęcia co ja robię, co wyprawiam. Co tu się w ogóle dzieje. Dlaczego dzisiaj jest piątek skoro jak wstawałam to był poniedziałek? Czasem zdarza Nam się, ze Julek dostanie swoje suplementy diety 2 razy dziennie bo mylimy z Michałem dni. Brakuje mi głosu, który powie, to jest ok, wszystko jest na miejscu i w porządku, to, że płaczesz co drugi dzień w poduszkę, że czujesz, że już nie masz sił, że zaraz położysz się i umrzesz, rozpłyniesz – też.

Czuję, że nie wypada mi dać sobie pozwolenia, żeby sobie nie radzić. Żeby odpuścić. Żeby zrozumieć, że cały świat i życie nie kręcą się wokół prania i gotowania fit obiadów. Że właściwie nic się nie stanie jeśli Twoje dziecko będzie żyło cały dzień na drożdżówce i chrupkach bo znowu za przeproszeniem nie miałaś kiedy nawet się wyszczać w spokoju, a co dopiero dusić tego kurczaka na jebanym oleju kokosowym. Ja zazdroszczę temu olejowi. Zazdroszczę jego bezcelowej egzystencji z tym słoiku.

A wiecie co w tym wszystkim jest jeszcze najgorsze?

To, że nie umiałabym żyć inaczej. Nie umiałabym żyć bez moich Dzieci. Umarłabym. Zdechła. Z tą całą swoją wolnością zawinęłabym się po prostu z tego świata. Gdyby ich nie było to nie byłoby mnie, nie byłoby nic. Nawet jajka na śniadanie nie miałyby już sensu. Nie miałyby sensu wszystkie książki, poradniki, rodzicielstwo bliskości i magia sprzątania.

Czasem czuję się jak Harry Potter w świecie Mugoli. Bo wiem, że bez nich chusta byłaby zwykłym kawałkiem szmaty, popołudnie z książką niczym nadzwyczajnym, piwo ze znajomymi nudną codziennością. To Oni. Oni odebrali temu wszystkiemu znaczenie i jednocześnie ją jemu nadali. Odebrali mi tę moją śmieszną wolność i nauczyli jak ją doceniać i jak z niej korzystać.

To Oni są moją Iskrą.

Moją Magią.

Jeżeli teraz wydaje mi się, że sobie nie radzę, to nie wyobrażam sobie jak bardzo nie radziłabym sobie gdyby ich nie było.

Nie mogę, nie umiem o tym myśleć, bo mnie po prostu wszystko boli.

To nie wypada tak sobie nie radzić.

A czy wypada tak kochać?

Reklamy

2 thoughts on “To nie wypada, tak sobie nie radzić.

  1. Mama leosia i frania pisze:

    To wszystko wypada kochana. Zgadzam się z Tobą w 100 procentach. Jestem mamą dwójki od dwóch lat. I ten zapiernicz i nieradzenie sobie trwa cały czas. I wyrzuty sumienia. I frustracja że nie mam chwili dla siebie. .. ale wiesz co sobie wtedy myślę – że za 10 lat będę za tym tęsknić. Za tymi upierdlowymi maluchami które nie potrafią się obejść beze mnie. I staram się jak mogę najlepiej chłonąć jak najwięcej z tego trudnego lecz jednak pięknego czasu. Łącze się z tobą ☺

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s