Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.

Myślisz może, że masz najgorsze dziecko świata. Rozglądasz się wkoło po matkach znajomych i w rodzinie i masz wrażenie, że ich żywot usłany jest płatkami róż. Twoje to tylko wiecznie płacze, jęczy, wrzeszczy, histeryzuje, ciągle na tym cycku. Bez przerwy czymś rzuca, kopie, wymusza i szantażuje. I tylko nocami gdy już śpi przypomina te kochane dzieciaczki z okładek kolorowych magazynów i bajecznie idealnych kont instamatek.

Tyle, że te noce też nie najlepsze. Może było się słuchać cioci Zdzisi jak mówiła, żeby nie przyzwyczajać, że noc jest od spania, a nie od jedzenia. Że choćby skały srały to dziecko ma od spania swoje łóżeczko. Łoże małżeńskie jest jak nazwa wskazuje – MAŁŻEŃSKIE – więc wara dzieciaku, najlepiej do pokoju obok. Nie wiesz, jakie życie seksualne rodziców jest ważne? Biedny Tatuś już od roku się dzieli cyckami, no ile można jeszcze! Przecież wiadomo do czego cycki służą.

Znajome z forum kupują rowerki biegowe i jeździki, a Ty bujasz się z klockiem, który ciągle chce być na rękach. A mówił wujek Stach – „nie noś, bo przyzwyczaisz!” „dziecko ma się uczyć samouspokajania” – i zachodzisz w głowę, że może jednak, źle robiłaś, że wiązałaś te kangury i kieszonki od 3 doby, że parki i place zabaw oglądał z wysokości Twoich pleców zamiast z idealnie wyścielonego wnętrza spacerówki. Nosiłaś i przyzwyczaiłaś. To teraz noś.

I o co chodzi z tym cyckiem? Ja rozumiem, raz czy dwa dla smaku, ale żeby całe noce wisieć? Wcale nie chcesz, ale pamiętasz jak mówili – „nauczyłaś, to teraz będzie spał z Wami do 18-tki z cyckiem w buzi, dziecko trzeba uczyć zasypiania!”

Nie zapominajmy o dyscyplinie! Dziecko od niemowlaka trzeba dyscyplinować i trzymać krótko, żeby na głowę nie weszło! Płacze? Klapa w tyłek! Nie rozumie? Trzeba mu zorganizować „kącik do wyciszania” – przecież to wstyd jak dziecko na głowę wejdzie!

To teraz skończmy to pieprzenie.

Dzisiaj ja mówię do Was z rzeczywistości, gdzie dla mojego Dziecka rzeczy, które kilka miesięcy temu były dla mnie jakąś totalną abstrakcją stały się zupełnie naturalne.

Wytrzymałam.

Te wszystkie noce gdy bite 12 godzin dziamgał tego cycka i nie wypuszczał go nawet na minutę.

Te wszystkie drzemki, na które dawało radę go uśpić tylko nosząc w chuście i, które trwały tylko w chuście.

Te chwile zwątpienia, gdy dzieci znajomych dziarsko wsuwały słoiczki i inne schabowe, a moje tylko cyc, cyc, cyc i cyc. Uwagi, że przez tego cyca to sobie niejadka wychowałam.

Dałam radę.

Przetrwałam momenty gdy rady otoczenia stały w totalnej kontrze z moimi instynktami, ale byłam już tak wykończona setną nocą przespaną tylko na prawym biodrze bo jak obracałam się na lewe to był ryk i histeria, że pytałam samą siebie – „A co jeśli oni mają rację? A co jeśli on tak będzie miał do 18 roku życia? Co jeśli w wieku 26 lat będę musiała mieć protezę biodra bo dostanę zwyrodnienia od tego spania tylko na jednym?”

Co jeśli wychowam wrednego, egoistycznego człowieka bez empatii, co jeśli te wszystkie rzeczy tak ważne dla mnie – szacunek, relacja – to wszystko bulshit bo liczy się tylko klap w dupę, wrzask i przymus.

Przecież to jest głoszone także jakże często przez doświadczone matki! One tak robiły, i proszzz bardzo jakie mają grzeczne dzieci! A ten mój? Histeryk! Bo mi się relacji zachciało!

A teraz do Was mówię, mamy noworodków, 3-miesięcznych hajnidów. Nie słuchajcie. Róbcie jak uważacie, jak mówi Wam serce i instynkt. To wszystko procentuje. I mija.

Mówię to ja – mama dwulatka, karmionego od urodzenia piersią, antysmoczkowego i antybutelkowego, dostawał kiedy chciał, jak chciał i ile chciał. I myślałam, że to się nigdy nie skończy. Myśl o stanie gdy moje dziecko nie ssie już piersi to była jakaś totalna abstrakcja, odsuwałam myśl o odstawieniu bo sądziłam, że to będzie armagedon, hardkor, 7 krąg piekieł. I zaskoczył mnie ten właśnie dwulatek, odstawiając się zupełnie sam. Ja przelałam więcej łez nad tym naszym zakończonym karmieniem niż On.

Mówię to ja – mama żarłoka, który okrągły pierwszy rok swojego życia przeżył w 99% tylko na mleku. Który gardził łyżeczkami, papkami i słoikami. Który zanim nauczył się stabilnie siedzieć, miał już etykietkę „niejadka” bo śmiał odmawiać zmiksowanej marchewki. A dzisiaj? Dzisiaj je wszystko i w każdych ilościach. Nawet brukselkę (serio, ostatnio zjadł pół kilo na kolację), fasolkę, brokuły. Wszystko.

Mówię to ja – mama dziecka, która do 18 miesiąca jego życia, łóżeczka używała jako składzik na brudne pranie i maszynę do szycia. Myśl, że Julek prześpi noc w łóżeczku przyprawiała mnie o pusty śmiech. Julek w łóżeczku? Niemożliwe. To się nie wydarzy. Julek usypiający sam? Bez awantury, histerii i godzinnego bujania? Wydarzyło się. 2 dni temu mnie to trafiło gdy patrzyłam jak leży obok na poduszce, po prostu zamyka oczy i zasypia. I miałam ochotę tańczyć i krzyczeć. Bo jednak te wszystkie mądre książki, że sen to nie jest coś czego trzeba uczyć miały rację. Mój instynkt też miał rację. I dziecko od urodzenia usypiane w chuście, w leżaczku, w wózku, bez najmniejszej Naszej ingerencji zasypia zupełnie samo. To się nie dzieje w moim domu!

Mówię to ja – mama cygańskiego dziecka, które pomimo tego, że było noszone kiedy tylko się dało, setki, tysiące godzin spędziło na moim brzuchu i plecach, w chuście czy nosidle, jest teraz chyba najbardziej samodzielnym dzieckiem świata. Nie miał żadnych lęków separacyjnych. Odkąd skończył pół roku wychodziłam przecież 4 razy w tygodniu na trening, a on miał to głęboko w nosie. Zostaje z babciami, ciociami i wujkami. Prawdopodobnie gdyby przyszedł pan listonosz to z nim też by został. Nikogo się nie boi, jest otwartym, ufnym dzieckiem i ostatnio co można o nim powiedzieć, że maminsynek, uczepiony mojej spódnicy, czy „przyzwyczajony” do noszenia.

I na koniec mówię to ja – mama dwulatka, który się nie buntuje – który po prostu dorasta. Zaczyna coraz więcej rozumieć, coraz więcej odczuwać. On czuje. I po prostu czasem nie radzi sobie z tym.  Czasem nie wie co czuje i nie wie jak ma na to uczucie zareagować. I potrzebuje mojej pomocy. Nie dyscypliny, nie krzyku, nie karnego jeżyka, nie klapa w tyłek. Pomocy. Wytłumaczenia. Rozmowy. Potraktowania jak człowieka, którym przecież jest, tylko że trochę mniejszym ode mnie.

I choć mam milion wątpiących myśli dziennie, to na koniec każdego dnia wiem, że to wszystko działa. Mam w domu człowieczka, który czasem płacze nieukojonym płaczem, ale z którym da się pogadać. Da się wytłumaczyć. Który tak wiele rozumie.

A to co pomogło mi przetrwać to wiara w siebie i w moje dziecko. I pamięć o tym, że on długo tym noworodkiem, niemowlakiem, dwulatkiem nie będzie. Dorośnie. Choć wiele razy mi się wydawało, że ta najdłuższa żmija trwała i trwała, to z perspektywy jego rozwoju było to ledwie parę sekund.

Post dla Was, wątpiących, ku pokrzepieniu.

Ufajcie sobie i swoim dzieciom, które są najlepsze na świecie.

A te żmije?

Miną.

Reklamy

2 thoughts on “Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s