6 rzeczy, które zrobią z Ciebie wkurwiającego blogera parentingowego.

Bez zbędnego wstępu.

„Bliskościowy Uświadamiacz Debili” aka „Matka Świadoma Wszystkiego” – jak ja mam dość tego Rodzicielstwa Bliskości. Tych wszystkich świeżo „uświadomionych”, którzy nagle poczuli powołanie by UŚWIADAMIAĆ! By sprowadzać zagubione owieczki na światłą i jedyną słuszną drogę. „Nie wiesz, że nie możesz tłuc swoich dzieci? Nie martw się!! Ja Cię uświadomię! Ale pamiętaj! W rodzicielstwie nie ma miejsca na błędy! Jeden niewłaściwy krok i baaaaam, masz w domu emocjonalną kalekę”. Pamiętam jak kiedyś przyznałam się gdzieś w dyskusji Rodzicieli Bliskości przez wielkie „R”, że czasem krzyczę na Julka gdy mnie uderzy. Ktoś do mnie podbił z argumentem „Wyobraź sobie, że zrobiłaś coś czego sama do końca nie rozumiesz i najbliższa Ci osoba jeszcze na Ciebie krzyczy”. No wyobrażam sobie. Ale z drugiej strony jak często jako dorosłe osoby podchodzimy do najbliżej nam osoby i dajemy jej z liścia? Znacie dorosłego, który zareagowałby na to spokojnym tłumaczeniem? No sorry ja nie znam. Więc dlaczego to jest takie straszne i zasługujące na potępienie, że podniosłam głos, bo dostałam w twarz z odległości wyciągniętej ręki. Ja rozumiem, że krzyk nie jest jakimś super rozwiązaniem, ale ludzie, halo!!! Czy my jesteśmy robotami? Nigdy nie macie tak, że Wasza reakcja jest instynktowna i dzieje się jakby poza Wami? Bez kitu, czasem jak czytam, niektóre dyskusje, to mam ochotę chodzić po mieście i bić wszystkich po twarzy i zobaczyć czy ich reakcją będzie ” Proszę Pani, nie wolno bić, to boli. Nie chcę by mnie Pani biła”. Przecież to jakiś absurd. Ale wtedy przypominam sobie, że na szczęście wszystkie matki są idealne tylko w internecie. Kolejna sprawa – są różne drogi wychowania. Naprawdę. Nie ma jedynej i słusznej. W rodzicielstwie naprawdę nic nie jest czarno-białe. Czy to mowa o noszeniu dzieci, spaniu z nimi, karmieniu. Możemy mieć miliard oczekiwań, miliard wizji, a tak naprawdę to dziecko to wszystko zweryfikuje.

„SZOKUJĄCE CO ROBIĄ TE 2 SŁOWA Z TWOJĄ RELACJĄ Z DZIECKIEM!!!” – innymi słowy tytuł na poziomie „Nie śpię bo trzymam kredens” z Faktu, a tak naprawdę zawierający zestaw truizmów rzędu „Jak zjesz to się wysrasz”(dziękuję Karolinie, za epickie porównanie :D), pamiętam jak kiedyś czytałam tłumaczenia jednego z blogerów, że tak tytułuje posty bo w swoim kochanym serduszku chce aby post dotarł do jak największej ilości odbiorców. No jasne. Na pewno liczba klików nie ma z tym nic wspólnego! Pal licho te kliki, widocznie ta taktyka się sprawdza, skoro blogerzy stosujący ją mają 100 k fanów, ale mnie jeszcze bardziej irytuje to, że te teksty są tak sztuczne…. Nawet gdy któryś, sili się na emocjonalny wyciskacz łez, który ma chwytać za serduszka młodych matek, to wciąż w dużej mierze są to bezpieczne teksty, które koło prawdziwych emocji nawet nie leżały. Dlaczego się wypowiadam o emocjonalnych tekstach. Bo wiem ile taki emocjonalny tekst kosztuje. Możecie parę takich u mnie zobaczyć i naprawdę każdy z nich wyryty mam w sercu. To nie były teksty publikowane „po coś”, po kliki, po statystyki, po fejm. To były teksty dla mnie. Dla Julka. Dla Was. Pisanie takich tekstów, dzielenie się takimi emocjami, wcale nie jest łatwe. Dlatego trafia mnie coś, gdy ktoś sili się, tylko w celu uzyskania jakiejś korzyści.

Opisuję swoje doświadczenie rodzica przepisując na bloga książki mądrych ludzi, które nieraz nijak się mają do rzeczywistości – moje podejście do książek o rodzicielstwie jest takie – książki książkami, gadanina gadaniną, a życie życiem. W książkach wszystko jest piękne, gładkie i idealne. Pełno w nich niby życiowych przykładów (które tylko wydają się życiowe, tak naprawdę są kompletnie nieżyciowe) i logicznych teorii (kto wpadł na pomysł tłumaczenia zachowania malutkich dzieci logiką?). W książkach wszystkie elementy układanki zawsze są na miejscu i harmonijnie składają się w całość. Well, bullshit. Bullshit, bullshit, bullshit. Też mam na półce Agnieszkę Stein, Gonzaleza, Searsów – i spoko, bo teoria zawsze się przyda. Ale fajnie by było znaleźć blog parentingowy gdzie dowiem się jak ta teoria sprawdza się w praktyce. Bez powtarzania w koło tego samego, co już dawno sama wiem z tych wszystkich mądrych książek. Nie wiem jak Wam, ale mi osobiście ciepło się robi na sercu gdy gadam z inną matką i wiem, że nie jestem jedyna, która fantazjuje czasem o urwaniu swojemu dziecku jakiejś kończyny, ostatnio podczas drzemki Julka rozmyślałam o tym, czy faktycznie obie rączki są mu potrzebne i czy natura nie mogła wymyślić tego tak, by dzieci rodziły się bez rączek, a pojawiały się one dopiero gdy dziecko jest w stanie ogarnąć, że ładowanie palców w palnik na kuchence nie jest spoko. Czy jest gdzieś na świecie blog parentingowy gdzie mogłabym znaleźć swoje miejsce? 😀 Nieee, zamiast prawdziwego doświadczenia dostaję zestaw frazesików, okraszonych pysznymi skwareczkami oceniania, krytyki i szczyptą poczucia winy. Według statystyk Pierogowej Mamy, najwięcej z Was trafia tutaj wpisując w Google hasło „Moje dziecko mnie wkurwia”, oznacza to chyba, że nie jestem sama, że nie ja jedna przeżywam takie emocje, że szukamy kogoś kto ma podobnie, kto może doradzi jak sobie z tym radzić. Niestety, zamiast tego mamy – „JEŚLI TEGO NIE PRZECZYTASZ NIGDY NIE DOWIESZ SIĘ CZEGO NIE DAWAĆ NA KOLACJĘ SWOJEMU DZIECKU!!!!”

Napawam się władzą i banuję wszystkich którzy nie wychwalają moich grafomańskich pierdół i śmią mieć inne zdanie niż ja – krytyka boli. Wiem, mnie też. Wiecie jak ja się cieszę, jak dostaję powiadomienie na maila, że ktoś zostawił komentarz pod tekstem na blogu? Lecę. A tam jeb. Komentarz, że źle używam przecinków. Pewnie źle, liceum skończyłam dawno, korektorem z zawodu nie jestem, przykro mi, kajam się. Jak już będę instafejmem i będę zarabiać na swojej zajebistości to obiecuję, że zatrudnię. Czytam taki komentarz i co robię? Lecę w te pędy i blokuję autora, żeby broń boże więcej nie zostawił mi na blogu takiej kalumnii? No nie. Nie jestem status na fejsbuku, żeby mnie wszyscy lubili, każdy ma prawo do swojej opinii i kulturalnego wyrażania jej. Dlatego ja byłam w szoku, gdy parę dni temu za kulturalny komentarz na fanpage jednego z topowych BLISKOŚCIOWYCH przez wielkie B blogerów dostałam bana.

Publikuję 3 posty dziennie, które według tytułów zawierają przełomowe i SZOKUJĄCE treści a tak naprawdę są kompletnie o niczym – Kto mnie trochę dłużej obserwuje, ten widzi ogromną tendencję spadkową w publikowanych przeze mnie treściach. Jest parę powodów. Po pierwsze jestem w ciąży. Moje ciśnienie lubi się z podłogą i oscyluje w wartościach stanowczo za niskich do normalnego funkcjonowania, co sprawia, że jedyne na co mam energię to smażenie omletów, jedzenie kebabów i oglądanie Netflixa. Kolejna sprawa. Czasem nie mam nic do powiedzenia. Jak nie mam nic do powiedzenia to nie publikuję co 5 minut postów o dupie marynii, żeby na pewno nikt o mnie nie zapomniał. Jak już coś napiszę, to nie pędzę i nie udostępniam tego tekstu na wszystkich możliwych grupach fejsbukowych do, których należę. Liczę, że mój kontent obroni się sam. Bez tych wszystkich żebrów. Naiwna jestem?

Udaję, że robię to z miłości do pisania i gardzę piniendzmi, a potem piszę tekst o tym jak bałwanek Olaf uratował moje rodzicielstwo – na blogu można zarabiać. Mi też się czasem zdarzyło otrzymać tak zwane #darylosu . Nie ma w tym nic złego. Ale pliz. Bądźmy choć trochę w tym uczciwi. Wiecie za co lubię blog mamygadzety.pl? Za to, że jak coś recenzuje, to ZAWSZE dorzuca informację, że linki w recenzji są afiliacyjne. Czyli jak coś kupicie przez ten link, to autorka dostaje z tego tytułu prowizję. I to jest super. Niestety bardzo rzadkie.

P.S Polećcie jakieś blogi parentingowe,  ale takie naprawdę, z sensem. Dla ludzi 😀

Reklamy

4 myśli w temacie “6 rzeczy, które zrobią z Ciebie wkurwiającego blogera parentingowego.

  1. T. pisze:

    Jeju, jak ja sie z Toba zgadzam.
    Bliskosc zdroworozsadkowa, a nie kurde sekciarska jak moge non stop ogladac.
    Duzo lepiej mi szlo wychowanie mlodego, jak nie czytalam tych grup, blogow i pierdol, ale chcac nie chcac zaczely mi wyskakiwac wpowiadomieniach, reklamach itd. Albo wprowadzaja zamet, albo sciezke skrajna, w ktorej sie ni cholery nie widze. Przestaje czytac wiekszosc.
    Ps. A mi dziecko podbilo ostatnio oko, tez nie bylam szczesliwa. Tez mialam ochote cos mu urwac.

    Polubienie

  2. Mania Mamy pisze:

    Dobre 🙂 Ja najbardziej nie lubię tych zajawek na FB w stylu „Od dzisiaj porzucam macierzyństwo, chcesz wiedzieć więcej, wejdź na blog”, a tam jakieś sponsorowane pierdoły. Od jakiegoś czasu takich linków już nie otwieram.
    I druga rzecz to etyka pisarsko-dziennikarska. Blog jet medium jak każde inne i gazeta ma obowiązek (prawny) napisać „reklama” czy „artykuł sponsorowany”, a na blogach hulaj dusza – piekła nie ma. Potem wchodzisz na aktykuł o gotowaniu, a tam 10 zbliżeń na czekoladę Wedla. A mimo że prawnie to nie jest regulowane, to jakieś standardy być powinny.
    Pozdrawiam 😉

    Polubione przez 1 osoba

  3. niupki pisze:

    Bloguję od niedawna, ale długo czytam blogi parentingowe i muszę przyznać, że te sponsorowane teksty o bateriach i Olafie doprowadzały mnie do szału. No ileż można! Sposób w jaki te teksty były pisane też mnie wkurzył. No po prostu czysty marketing. Czy o to chodzi w blogowaniu? Chyba nie.
    Gratulacje z powodu ciąży!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s