7 stadiów macierzyństwa.

Julian doprowadził mnie dzisiaj do takiego stanu przy wieczornym usypianiu, że wyszłam z domu do Żabki po piwo. Tak, tak dobrze czytacie. Matki też piją piwo. W każdym razie nocna wycieczka po alkohol obrodziła w przemyślenia. Tak, piszę tego posta po wypiciu tego piwa, więc wybaczcie jak mi się trochę splącze myśl.

Przez ten rok totalnie ewoluowałam (niczym pokemon pika, pika, pika-chuuuu) jako matka, kobieta, osoba. Przechodziłam przez przeróżne fazy. Chciałabym je Wam tutaj wyszczególnić.

  1. SZOK – przez pierwszy miesiąc życia Julka byłam w szoku. Nie mogłam sobie ułożyć w głowie tego, że oto moje ciało wyhodowało człowieka, który teraz wydostał się na świat i jest odrębną osobą. Stworzyłam osobę. What? Szok z powodu wydania na świat nowego człowieka, przeplatał się z szokiem spowodowanym niedowierzaniem jak to się w ogóle stało, że tak minęło to 9 miesięcy. Ledwie wczoraj widziałam 2 kreski na obsikanym plastikowym patyczku a teraz o. Leży przy mnie człowiek. Totalny mindfuck.
  2. HORMONALNY ROLLERCOASTER – w ciągu 30 sekund potrafiłam przejść od stanu orgazmicznej euforii do siódmego kręgu piekieł najgorszej depresji, której ta Werterowska nie dorastała nawet do pięt. Gdy Michał zapytał się mnie czy może jechać na ryby, gdy Julek miał 2 tygodnie odpowiedziałam z uśmiechem „Jedź, jedź! Oczywiście, że jedź!!!” Po czym wybuchnęłam histerycznym śmiechem, który przerodził się w szloch i 3 godzinny atak płaczu. Także tak. Hormony sprawiały że czułam się jakbym tańczyła walca w ramionach Ryana Goslinga na okwieconej łące do melodii What a Wonderful Life, by chwilę potem przenieść mnie do scenerii niczym z Silent Hill gdzie mój nowonarodzony Syn był tą straszna postacią z czymś w rodzaju szpadla na głowie, która rozrywała na strzępy każdego kogo spotkała na swojej drodze.
  3. ŻAL – niby wszystko fajnie, piękny Syn, wydzielający narkotyczny zapach niemowlaka od którego uzależniłam się w ciągu 3 sekund, ale wtedy nadszedł pierwszy piątek. A ja zawsze w piątki jeździłam do kumpla na Targówek na picie wina przy smętnych jazzowych piosenkach. Teraz trochę słabo. Wino? Z tym rozciętym brzuchem? Z tym cyckiem wiecznie na wierzchu do, którego przyczepiony jest mały człowieczek przez 18 godzin na dobę? Żal. Żal za tym, że niby tyle jeszcze mogłam zrobić. Tyle butelek wina wypić. Tyle nowych smętnych jazzowych piosenek wysłuchać. Poogrzewać sobie twarz przy tylu jeszcze papierosach.
  4. MIŁOŚĆ – nagła i wszechogarniająca, paraliżująca, balansująca na granicy z ogromnych strachem. Miłość macierzyńska jest przerażająca. Jest jakąś kosmiczną sprzecznością. Z jednej strony Twój rozum Ci mówi – wiej, uciekaj, wypisuj się z tego, jesteś za młoda, to był błąd. Z drugiej serce – całe życie czegoś szukałaś? To teraz wiesz czego. Wydawało Ci się, że wiesz co to znaczy kochać? Nie wiedziałaś. Nie byłaś nawet blisko tego uczucia.
  5. STRACH – zaczynasz się bać. Bać tego nadmiaru emocji, które nagle bombardują Cię każdego dnia. Miłość, odpowiedzialność, złość. Wszystko co czujesz staje się wielkim chaosem. Przeraża Cię to, że nic już nie będzie tak jak kiedyś. Że nigdy już tak w 100% nie będziesz sobie mogła pozwolić na takie przyjemne bycie egoistką. Teraz masz już kogoś o kogo się boisz i jeszcze bardziej przeraża Cię myśl, że bać się będziesz o tego kogoś do końca swoich dni. Matką stajesz się nagle. I nigdy nie przestajesz nią być.
  6. RÓWNOWAGA – układasz sobie powoli w głowie te wszystkie uczucia. Równoważysz je sobie na wielkiej wadze w swoim sercu. Po jednej stronie ciężarek miłości, po drugiej strachu. Po jednej przywiązania, po drugiej potrzeby wolności. Po jednej czułości, po drugiej złości. Wiesz już, jak to wszystko układać, aby nie zwariować, by nie dać się porwać za bardzo temu rwącemu nurtowi. Masz swoje kotwice, które trzymają Cię mocno.
  7. HARMONIA – nadchodzi w końcu ten dzień (u mnie jeszcze nie nadszedł, ale wiem, że kiedyś nadejdzie), czujesz, że wszystko jest na swoim miejscu. Otwierasz oczy i widzisz ten sam obrazek znany już od lat. Nie masz już żadnego żalu, nie wyczekujesz żadnej zmiany, jesteś spokojna. Pewna. Wciąż tak samo rozsypana, ale poukładana. Kiedyś byłaś tylko kawałkami posklejanymi niczym rozbity wazon, dzisiaj znowu jesteś całością.

A Wy? W którym jesteście stadium?

 

Reklamy

Jedna myśl w temacie “7 stadiów macierzyństwa.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s