Macierzyństwo nie kończy się w weekend.

Ani w Święta.

Właściwie nigdy się nie kończy.

Jakiś czas temu byliśmy z Michałem u znajomych, panowie jak to panowie narzekali na pracę i ogólnie takie tam męskie jęczenie. Pomarudzili, pomarudzili po czym z westchnieniem ulgi rzucili się na kanapę – „Na szczęście już piątek!”

Już chciałam im wesoło zawtórować w tej piątkowej radości, gdy nagle uśmiech zamarł mi na twarzy – dotarło do mnie, że to żadna zmiana. Nie czeka mnie leniwy sobotni poranek gdy będę mogła kisić się w łóżku do południa, już nie dla mnie niedziele na kanapie z lampką wina i ulubioną książką.

Są ludzie którzy myślą, że urlop macierzyński to faktycznie urlop – czas gdy siedzisz w domu i dysponujesz swoją osobą tak jak chcesz, zajmujesz się czymkolwiek co tylko sprawi Ci przyjemność. Ma się pełno wolnego by się polenić, odespać, oddać swoim pasjom. No i najważniejsze! Muszę być teraz najbardziej wyspanym człowiekiem na świecie, przecież nie wstaję codziennie do pracy.

Na pewno opieka nad takim maluchem nie może być zbyt pracochłonna, przecież takie dziecko co najwyżej je i śpi. Żyć nie umierać i rodzić jak najwięcej dzieci byle tylko „urlop” nigdy się nie skończył.

Może przybliżę Wam jedną dobę z takiego „urlopu”, urlopu, który tak naprawdę jest niekończącą się pracą na etacie, przebywaniem na posterunku 24/7, nieważny tu weekend, świątek, piątek czy niedziela.

Zacznijmy od poranka, moje koleżanki, które mnie trochę znają dobrze wiedzą, że nie warto mnie pytać o której z Julkiem wstajemy, o której jesteśmy już po śniadaniu i ewentualnie mamy czas wolny na jakieś spotkanie. Nie warto mnie pytać bo nie jestem w stanie udzielić takiej odpowiedzi. Nasz dzień zaczyna się pomiędzy 8:30 a 11:30 czasem Julek wstanie o 8:00, ale o 9:00 jednak stwierdzi, że on jeszcze by się przespał, ale koniecznie z cyckiem w buzi i nie, nie mogę mieć zgiętej ręki, muszę mieć wyprostowaną i dotykać nią jego główki bo inaczej nie będzie spał. Więc leżę wygięta w chiński precel i zastanawiam się czy obudzi go mój wybuchający pęcherz, czy burczenie w brzuchu. Najczęściej jednak nie wytrzymuję i wstaję do toalety, Julek oczywiście wstaje i idzie ze mną. Nie, do toalety nie chodzę sama już od dawien dawna. Po porannej toalecie czas pościelić łóżko, gdy Julek był dzieckiem leżącym trwało to jakieś 3 minuty, natomiast teraz gdy już raczkuje, wstaje i chodzi przy meblach trwa to 33 minuty, dla niego odsunięcie go od krawędzi wersalki przy której stoi i wspina się by wszystko widzieć (nie wiem co jest takiego fascynującego w chowaniu pościeli do skrzyni) to zniewaga, która krwi wymaga, za każdym razem gdy go odsunę przychodzi z powrotem i tak kwadryliard razy. W końcu z irytacją odkładam go do łóżeczka. No to oczywiście płacz! Przecież on mi pomaga ścielić łóżko!

Po ścieleniu pora na zmianę pieluchy i przebranie z piżamki. W zależności od zawartości pieluchy następnym punktem będzie śniadanie, albo wietrzenie pokoju… Jeżeli oboje przetrwamy proces ubierania bez trwałych uszkodzeń na ciele bądź umyśle, to czas by coś zjeść. Idziemy do kuchni. Oczywiście do kuchni nie można iść z pustymi rękami, trzeba zabrać cały wór zabawek by dziecko miało się czym zająć podczas gdy ja gotuję (i tak zazwyczaj mogę sobie te zabawki wsadzić tam gdzie słońce nie dochodzi bo koniec końców to kocia kuweta najczęściej okazuje się najbardziej interesująca i edukacyjna dla mojego dziecka). Szykuję jedzenie dla siebie i Julka, sadzam go w krzesełku, sama siadam przy stole i jemy. To znaczy ja jem. On babrze się w jedzeniu. Trochę wsmaruje w siebie, trochę w krzesełko, trochę wyląduje na podłodze ku uciesze kotów. Gdy już się znudzi, wypuszczam go z krzesełka do karmienia na podłogę i sama próbuję delektować się kawą. Od czasu gdy zainstalowaliśmy bramkę we wnęce w której stoją kocie miski nawet mi się to udaje. Po śniadaniu Julek zazwyczaj jest do przebrania. Teraz wypadałoby pójść na jakiś spacer, ewentualnie pozałatwiać sprawy, no to zaczynamy się zbierać. Oczywiście nie mogę wyjść na ulicę jak menel bez makijażu i z włosami nastroszonymi jak u upośledzonego koguta więc kieruję się do łazienki. Szybka szpachelka w trakcie której 17 razy odczepiam od swojej nogi Julka, który jest niesamowicie zainteresowany tym co nakładam sobie na twarz, jeszcze tylko związać włosy i gotowe (biję pokłony dla matek które są w stanie zrobić ze swoją fryzurą coś więcej niż koński ogon, serio!).

To teraz ubieranie, a nie przepraszam, zbieranie mandżuru, przecież nie wyjdę z domu bez wielkiej ważącej 10 kilo torby, zawierającej wszelkie niezbędne atrybuty przy niemowlaku. Pampersy, chusteczki, kremik do pupy, pluszaczki, gryzaczki, śliniaczki, pieluszki, otulaczki, kocyczki, nie zdziwiłabym się gdybym miała jeszcze gdzieś w czeluściach obcęgi albo inną wiertarkę. Trzeba być przygotowanym na wszystko! Dobra, spodnie na tyłek, jakaś bluzka, kurtka na dziecko, czapeczka i wsadzanie do wózka. Podejść do wózka jest kilka bo Julek jako dziecko mobilne całkiem dobrze już sobie radzi z ucieczką z niego zanim zdążę zapiąć pasy. Ale udało się. Siedzi. Zapinam śpiworek i wychodzimy. Telepiemy się z drugiego piętra po schodach i wreszcie jesteśmy na dworzu, jeszcze tylko ominąć wszystkie niespodzianki pozostawione przez bezdomnych przy pobliskim śmietniku i wtaczamy się na swoją stałą trasę spacerową. Spacerujemy 2-3 godziny, czasem więcej, zależnie od tego czy to tylko spacer czy też mamy jakieś sprawy do załatwienia, czy zakupy do zrobienia.

Gdy wracamy do domu około 16 czy 17 jestem już zazwyczaj wykończona, często niosę ze sobą jeszcze jakieś toboły, a tu jeszcze trzeba wciągnąć wózek po schodach na 2 piętro. Po powrocie czas na popołudniową toaletę i znowu zależnie od zawartości pieluchy albo wietrzymy pokój, albo idziemy do kuchni szykować obiad. Zwykłemu człowiekowi ugotowanie prostego posiłku zajmuje jakieś nie wiem 20-30 minut? Matce zajmuje półtorej godziny bo w międzyczasie musi przecież włączyć muzyczkę w zabawce, ale nie tą inną! Nie w ogóle do kitu jest ta zabawka, nie ma jakiejś fajniejszej? Musi też co 2 sekundy odczepiać dziecko od siebie albo od rączki piekarnika, z którą dziecko usilnie próbuje się pocałować. Znowu niepotrzebnie targałam do kuchni te wszystkie edukacyjne zabawki bo najfajniesza okazuje się kocia piłeczka z dzwoneczkiem w środku.  I znowu, ja jem, Julek się babrze z niewielkimi elementami konsumpcji. Sprzątam ten krajobraz po huraganie i do domu wraca Michał. Uff. Wręczam mu dziecko i gnam do toalety. Boże. SAMA! W toalecie, przez 5 minut. Do oczu napływają mi łzy z wdzięczności za to jedno spełnione dzisiaj marzenie.

Wychodzę. Michał zajmuje się pożytkowaniem energii Julka na wszelkie fascynujące aktywności typu ślinienie butów albo lizanie kółek od wózka, a ja zajmuję się pracą, ponieważ ostatnimi czasy pracuję trochę przy rękodziele, ogarniam więc maile, zamówienia, notuję co jest do zrobienia.

Kąpiel. Michał kąpie, ja ścielę łóżko, tym razem trwa to jednak 3 minuty bo nie mam swojego małego „pomocnika”, przebieranie w piżamkę i wieczorny cycuś. Julek po kąpieli wyraźnie daje już znaki jak bardzo jest zmęczony, płacze, trze oczka, ale później podładowuje się przy piersi jak mały króliczek w reklamach Duracella i zaczyna się bal. Fika salta po łóżku, wspina się po mnie, po Michale, tarza w pościeli, zrzuca telefony, zdejmuje mi okulary, bije mnie po twarzy, ostatnio tak przywalił mi z bańki, że do krwi rozwalił mi wargę, po takiej fascynującej sekwencji i gdy już oboje z Michałem jesteśmy na skraju w końcu zasypia. Godzina 22:00. A przede mną stos szycia.

Podpierając się nosem siedzę przy maszynie do pierwszej. Szybki prysznic i do łóżka. Po kwadransie Julek zalicza pobudkę numer jeden. Alleluja, że budzi się tylko na jedzenie, bo chyba bym skisła. Zależnie od nocy pobudka może być jedna, ale może być ich też 11 – Julek nie jest noworodkiem więc nie mam prawa spodziewać się od niego jakiejkolwiek regularności. I koło się zamyka. Skończył się kolejny dzień.

A opisałam tutaj swój dzień beztreningowy.

Mam też dni treningowe.

W te dni wstaję o 5:45 by dotrzeć na trening o 7:00. Drugi mam wieczorem o 19:15.

Więc Wy wszyscy nierozumiejący „Jak możesz być zmęczona przecież siedzisz cały dzień w domu?” „Co Ty właściwie robisz w domu cały dzień?”

No to teraz już wiecie.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s