Cisza.

Jest wieczór.

Już późny.

Coś koło 22 czy 23…

Pod ramieniem czuję miękką poduszkę, patrzę w dół – i widzę malutkie piąstki zaciśnięte na mojej koszulce. Drżące w niespokojnym śnie powieki.

Patrzę na widoczne w oddali za oknem neony wieżowców, nieliczne jasne plamy rozświetlonych okien bloku naprzeciwko.

Jest cicho.

Szumią tylko lekko nasze oddechy, równo – jakby scalone w jedno.

Staram się dobrze zapamiętać ten moment. Tej wewnętrznej równowagi i spokoju, gdy mam wrażenie, że wszystko jest na swoim miejscu i tak jak trzeba. To uczucie lekkiej, pustej głowy uwolnionej na chwilę od wszelkich trosk skupionej jedynie na cudownej miękkości dźwięku ciszy.

To już koniec dzisiejszej walki o wolne 5 minut na zjedzenie kanapki, o chwilę spokoju na wyjście do toalety czy po szklankę wody.

Cisza moim sprzymierzeńcem gromadzenia energii na jutro i na kolejny dzień, i następny, i jeszcze jeden…

Cisza przyjacielem zmęczonego, sponiewieranego ciała, które służyło dzisiaj jako podparcie, pokarm, ukojenie…

W ciszy łatwo giną wspomnienia chwil gdy czułam, że jestem na skraju wytrzymałości, znów wracają tylko obrazy  w, których widzę Twoje wielkie śmiejące się oczy, które przecież masz po mnie.

I znów jestem pewna, że jutro będzie lepiej – będzie więcej siły, więcej cierpliwości. Znowu pamiętam jak bardzo płakać mi się chce ze szczęścia gdy widzę, że uśmiechasz się na widok mnie wchodzącej do pokoju.

Już zapomniałam ten ból głowy, ten wrzask dzwoniący w uszach, piekące, zbierające się pod powiekami łzy z bezsilności.

Zanim się urodziłeś ostrzegali mnie przed tak wieloma rzeczami.

Nie ostrzegli tylko przed tym, że każdy dzień będzie dawał tysiące powodów by już nigdy matką nie zostać i jednocześnie miliony na to by mieć jeszcze tuzin dzieci.

Nie ostrzegli jak trudno będzie nie złościć się na Ciebie, kołysać gdy ręce omdlewają ze zmęczenia i jednocześnie jak nieznośny będzie Twój płacz -nie dlatego, że irytujący,  lecz sprawiający że mam ochotę porwać Cię w ramiona i już nigdy z nich nie wypuścić, jeśli tylko da mi to pewność, że nie uronisz już żadnej łzy.

 

Toczę walkę ze sobą każdego dnia. Od rana, od pierwszego uśmiechu, po noc, po ostatnie spojrzenie – gdy nareszcie spływa na mnie cisza.

I wszystkie obrazki i wspomnienia układają się posłusznie, by przypomnieć mi pytanie, które zadaję sobie od dnia w, którym się urodziłeś – dlaczego nikt nie ostrzegł mnie, że istnieje miłość tak silna i jednocześnie tak sprzeczna sama w sobie? I choć toczymy wojnę od świtu do nocy – wiedz, że wygrywasz ją za każdym razem. Pokonałeś mnie już od początku. Nigdy nie miałam nawet szans.

Synu.

 

 

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s