From zero to gym hero!

Bez fałszywej skromności powiem, że gruba nie byłam tak naprawdę nigdy. Zawsze oscylowałam w strefie „kilka kilogramów za dużo”. Ale zaszłam w ciążę i z kilku nagle zrobiło się kilkadziesiąt.

Ciężko było kontrolować apetyt kiedy byłam jak wydmuszka napompowana hormonami, które proponowały pizzę jako najlepsze śniadanie na świecie. Nie będę tu walić ściem, że jakoś specjalnie się broniłam i próbowałam trzymać jako tako zdrową dietę. Co Wy. Chciałabym. Może wtedy zamiast 25 kilo, przytyłabym 10. Ale ja wolałam żreć. I celowo używam tu takiego ostrego określenia. Dodatkowo użyłam sobie ciąży jako wymówki do tego żarcia. „Bo przecież mogę, po ciąży zrzucę”.

Teraz gdy mój tryb życia i odżywania zmienił się diametralnie i widzę jaki niesamowity wpływ ma to na moje samopoczucie, na moją motywację, na moją stabilność emocjonalną, na mój poziom energii i mogłabym tu wymieniać i wymieniać, to mam ochotę się spałować jaką byłam głupią pipą, że nie dbałam o to w ciąży. Sama utrudniłam sobie ten stan, który sam w sobie do najłatwiejszych okresów w życiu kobiety nie należy.

Bez zbędnych ceregieli, mówię że ciążę kończyłam z 83 kilogramami na liczniku, po powrocie do domu po porodzie waga wskazała 77 kilo. To był dla mnie dramat. Dramat. Tragedia. Normalnie most londyński się wali. Miałam ochotę potłuc wszystkie lustra w domu. Do tej pory gdy patrzę na swoje zdjęcie z pierwszego spaceru z Julkiem, dziwię się, że ekran aparatu nie pękł.

W ostry kierat treningowy chciałam wskoczyć natychmiast. Ale nie mogłam. Po cesarce sprawność fizyczna nie wraca tak szybko jak po porodzie naturalnym, więc ćwiczyć zaczęłam w sierpniu. Gdy Młody miał około 8 tygodni.

Zasadniczo pierwszy miesiąc to była masakra. Początek moich treningów pokrył się z falą upałów, więc naprawdę było ciężko. Na początku nie mogłam wypracować sobie rytmu, nie wiedziałam czy ćwiczyć w ciągu dnia gdy młody śpi, czy wieczorem jak zaśnie na noc. W pokoju czy w kuchni, przy Michale czy na osobności. Dodatkowo przez pierwszych kilka dni miałam mordercze zakwasy, trening ramion zawsze przesuwałam na weekend gdy Michał był w domu, bo nie miałam po nim siły podnieść Małego.

Do dziś, nie jestem w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie dlaczego wtedy nie przestałam? Co pchało mnie dalej? Sprawiało że chciało mi się więcej, mocniej, intensywniej.

Ta godzina ćwiczeń wieczorem, stała się moim azylem, moim odpoczynkiem po całym dniu zmagań z macierzyństwem. Mogłam zamknąć drzwi i pobyć sama ze sobą, pokonywać własne ograniczenia, napawać siebie dumą, że znowu dałam radę. Choć zmęczenie fizyczne było ogromne, miałam niesamowitego powera – nie przeszkadzało mi 6 treningów w tygodniu, na pewnym etapie nie mogłam się doczekać każdego z nich.

Po pierwszym miesiącu ćwiczeń włączyłam dietę, bo efekt tak naprawdę był mizerny. Odstawiłam cukier. Białe pieczywo, makaron, ryż, smażone i przetworzone jedzenie. Postawiłam na owoce, warzywa, chudy nabiał i cisnęłam dalej. Włączyłam interwały, intensywne cardio i ze zdziwieniem obserwowałam jak to moje ciało jednak się poddaje i powoli z powrotem zaczyna przybierać kształty przypominające „starą” mnie.

Każdy kolejny wykonany trening niesamowicie mnie motywował i zachęcał do kolejnych wyzwań.

Przed ciążą, moja waga wahała się w okolicach 63-65 kilogramów, zachodząc w ciążę ważyłam 63, moim marzeniem zawsze było 55kg. Kiedy tę wagę osiągnęłam kilka tygodni temu zgłupiałam z radości. Wiem, że może z punktu widzenia wielu z Was to idiotyczne, ale byłam i jestem z siebie bardzo bardzo dumna. Bo to jednak był kawał tytanicznej pracy.

Kolejnym krokiem było dla mnie wyjście z domowych treningów i ruszenie się gdzieś na profesjonalne zajęcia. Wybrałam Kasię Bigos i jej autorski program Fire Workout – trening o niesamowitej intensywności, który naprawdę mocno daje w kość – ale jak nakręca! Po pierwszych zajęciach u niej fizycznie byłam wrakiem, ale psychicznie frunęłam! Nie wiem jak to się stało, że jakimś przezabawnym przypadkiem ja zwierzę kanapowe odkryłam że intensywna aktywność fizyczna to moja pasja.

Choć teoretycznie swoją wymarzoną wagę osiągnęłam, ale przestawać nie zamierzam – jest to dla mnie niesamowity fun, przekraczanie kolejnych granic, narzucanie sobie kolejnych wyzwań, których podejmowanie sprawia że serio czuję się silną babą, która z niemowlęciem na biodrze pod koniec dnia ciśnie przysiady. Sprawia mi to naprawdę ogromną satysfakcję.

Żeby nie było, że jest tak różowo, Dżulian pozostawił mi jako pamiątkę po swej bytności w brzuchu i rozstępy i nadmiar skóry, ale pomimo to to moje jeszcze nie do końca wypracowane ciało jest pomnikiem mojego samozaparcia i silnej woli.

Dlatego jeśli chcesz coś zmienić w swoim życiu, jeśli chcesz z powerem wstawać każdego dnia pomimo nieprzespanej nocy bo Juliano akurat stwierdził że druga w nocy to już dzień, zmierz się sam ze sobą, wyskocz z kapci i move your fucking ass!!

IMG_2602

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s