Moja droga do Chustoświrstwa.

Chuściarą zostałam przypadkiem.

Ten kto mnie trochę zna, wie, że lubię czasem robić na złość, na przekór światu – ktoś mówi, że czegoś nie wolno? E tam, nie wolno – przecież jak nie wolno, ale bardzo się chce to można.

A więc skoro wszyscy nagle zawzięcie chustowali, tak ja do chustowania już od urodzenia Julka byłam baaardzo sceptycznie nastawiona i nie chodziło nigdy o sam fakt trudności, czy skomplikowania wiązań, ale o to, że czasem chustonoszenie ocierało się o swego rodzaju ideologię. Wiele noszących mam miało w moich oczach tendencję do wywyższania się ponad te, które nie nosiły, a co gorsza NOSIŁY, ale w nosidle nieergonomicznym czy nawet i ergonomicznym, ale niesiedzące niemowlę (jak swego czasu ja).

IMG_1640                             IMG_2338

Nie widziałam w tym sposobie „przyczepiania” do siebie dziecka żadnego uroku. Nie było to dla mnie nic specjalnego, więc gdy 6-tygodniowy potomek zaczął jednak wymagać częstszego niż przewiduje ustawa przebywania na rękach, zaopatrzyłam się w najzwyklejsze na świecie nosidło ergonomiczne. Mędzenie mi nad uchem przez chustonoszące, że nosidło tylko dla siadających, tylko dodatkowo sprawiało, że tym bardziej nie miałam ochoty chustować. Nie lubiłam (i nie lubię, nic się w tej kwestii nie zmieniło), gdy ktoś mówi mi co mam robić, a co gorsza dyktuje tego typu warunki w kwestii mojego własnego dziecka, a więc wciskanie mi chusty na każdym kroku tylko pogarszało sytuację.

IMG_2624

Ale pewnego dnia coś kliknęło, częściej wchodziłam do chustowych sklepów internetowych, oglądałam tutoriale – w końcu zdecydowałam o skorzystaniu z usług profesjonalnego doradcy.

Przejrzałam rynek i zarzekając się, że 300 zł to ja w życiu nie dam za kawałek szmaty (tiaaaaaaaaaaa :D) kupiłam swoją pierwszą chustę.

IMG_2201

Potem poszło już z górki.

Wpadło mi w ręce moje pierwsze DISO (Desperately In Search Of) potem drugie i kolejne i zakochałam się w noszeniu.

Radykalną chustoświrką nie jestem, nie grzmię na grupach i forach że nosidło to tylko dla siadających, że co z Ciebie za matka skoro nosisz w wisiadle! Nie nawracam. Wychodzę z założenia, że nikt nie ma prawa podważać kompetencji innej matki. Mamy XXI wiek, gdy ktoś będzie potrzebował informacji, włączy sobie magiczną rzecz jaką jest internet i tę informację najzwyczajniej w świecie odnajdzie.

Ale kocham tę bliskość jaką daje (bądź co bądź) kawałek szmaty, kocham to jak Julek wtula się we mnie i zasypia, jak mnie grzeje tym swoim pulpecikowatym ciałkiem, jak szybko chusta jest w stanie wyprowadzić go ze stanu chociażby największej histerii. Chusta jest narzędziem miłości i nieważne czy nosimy w pasiaku za 150 zł, czy w żakardzie za 5 tysięcy – nosząc, tej miłości uczymy. I to jest piękne, że wyciskamy z tego okresu gdy dzieci są tak małe i tak od nas zależne tak wiele, bo za chwilę urosną, za chwilę nie będą chciały się tulić.

Więc jeśli ktokolwiek z Was się waha, myśli o motaniu, czy w ogóle noszeniu – zachęcam – bo to najlepsze co możemy dać własnemu dziecku – miłość i bliskość.

P.S Leci do mnie nowa chusta, jak doleci i będzie love to zrobimy jakiś konkursik co? 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s